wtorek, 13 grudnia 2016
niedziela, 11 grudnia 2016
O herbacie, zakupach i sikorkach
U kolegi z pracy podpatrzyłam herbatę z plastrami pomarańczy zamiast cytryny. Kolega w ogóle słynie u nas ze swojego kulinarnego kunsztu, jego śniadania to małe dzieła sztuki, bo nie dość, że jest smakoszem (nawet przez to smakoszostwo musiał się wziąć za odchudzanie, zresztą z pełnym sukcesem), to podaje swoje dania z prawdziwym artyzmem. Misternie pokrojone, "fikuśnie" poukładane na talerzu - tylko oczami jeść.
Popijam zatem tę moją pomarańczową herbatę. Dodałam jeszcze odrobinę utłuczonych w moździerzu goździków i ciut-ciut cukru, aby tylko złagodzić i wysubtelnić smak.
Jestem ogromnie zadowolona z wczorajszego dnia. Spędziłam go w najlepszej komitywie z moim synem. Zabrałam "młodego" na zakupy. Postanowiłam nie oglądać się na innych, a konkretnie na ojca dziecka. Mały potrzebował na zimę kaleson i porządnego szalika, brakowało mu też przyborów szkolnych, Zakupiłam zatem, pobrałam faktury i paragony, a małego zapewniłam, że jeśli znowu "posieje" szalik, wyrwę mu po jednym wszystkie włosy z łepetyny. Roztrzepany bowiem ten mój synek jak... mamusia.
Rękawiczkami - pięknymi, ortalionowymi, idealnymi na śnieżne potyczki z kolegami uszczęśliwiła nas sąsiadka. Wspomniałam o planowanych zakupach, a ta podeszła do szafy i wręczyła podarunek. Dorzuciła jeszcze czekoladę "od Mikołaja. Ucieszyłam się tak, jakby to dla mnie przeznaczony był prezent.
I jak tu nie wierzyć w ludzką życzliwość? Niedawno wdałam się na ten temat w dyskusję z koleżankami i te nie mogły sobie przypomnieć żadnych przykładów z własnego życia (okazało się potem, że nie szukały drobiazgów). Mnie spotyka jej wiele i często.
Zauważyłam niedawno, że w moje okno zaglądają sikorki. Zachwyciły Misia żółte brzuszki, a mnie przypomniały się atrakcje z własnego dzieciństwa. Słoninka dla małych biesiadników była nieodłącznym elementem zimy. Mogłam godzinami podglądać zwinnych łakomczuchów. Niech i syn doświadczy tej przyjemności. Słoninka zawiśnie na zaokiennej... suszarce do ubrań, której zimą i tak prawie nie używam.
Obiecuję sikorkowe fotki na blogu, jeśli tylko uda mi się naprawić uszkodzony telefon (dotykowy - co za diabelski wynalazek! obchodzić się z tym trzeba jak z jajkiem!).
Popijam zatem tę moją pomarańczową herbatę. Dodałam jeszcze odrobinę utłuczonych w moździerzu goździków i ciut-ciut cukru, aby tylko złagodzić i wysubtelnić smak.
Jestem ogromnie zadowolona z wczorajszego dnia. Spędziłam go w najlepszej komitywie z moim synem. Zabrałam "młodego" na zakupy. Postanowiłam nie oglądać się na innych, a konkretnie na ojca dziecka. Mały potrzebował na zimę kaleson i porządnego szalika, brakowało mu też przyborów szkolnych, Zakupiłam zatem, pobrałam faktury i paragony, a małego zapewniłam, że jeśli znowu "posieje" szalik, wyrwę mu po jednym wszystkie włosy z łepetyny. Roztrzepany bowiem ten mój synek jak... mamusia.
Rękawiczkami - pięknymi, ortalionowymi, idealnymi na śnieżne potyczki z kolegami uszczęśliwiła nas sąsiadka. Wspomniałam o planowanych zakupach, a ta podeszła do szafy i wręczyła podarunek. Dorzuciła jeszcze czekoladę "od Mikołaja. Ucieszyłam się tak, jakby to dla mnie przeznaczony był prezent.
I jak tu nie wierzyć w ludzką życzliwość? Niedawno wdałam się na ten temat w dyskusję z koleżankami i te nie mogły sobie przypomnieć żadnych przykładów z własnego życia (okazało się potem, że nie szukały drobiazgów). Mnie spotyka jej wiele i często.
Zauważyłam niedawno, że w moje okno zaglądają sikorki. Zachwyciły Misia żółte brzuszki, a mnie przypomniały się atrakcje z własnego dzieciństwa. Słoninka dla małych biesiadników była nieodłącznym elementem zimy. Mogłam godzinami podglądać zwinnych łakomczuchów. Niech i syn doświadczy tej przyjemności. Słoninka zawiśnie na zaokiennej... suszarce do ubrań, której zimą i tak prawie nie używam.
Obiecuję sikorkowe fotki na blogu, jeśli tylko uda mi się naprawić uszkodzony telefon (dotykowy - co za diabelski wynalazek! obchodzić się z tym trzeba jak z jajkiem!).
sobota, 3 grudnia 2016
Miła sobota
Obijam się :) Południe zastaje mnie w szlafroku. Gdy jest ze mną syn, mobilizuję się znacznie bardziej, a samotność sprzyja rozprzężeniu. Bywa to jednak bardzo przyjemne. Tylko zżyma się czasem człowiek, że tyle mógł zdziałać do południa, a nie zdziałał.
Właśnie przed chwilą Misiek przywołał mnie do porządku. Wpadł z kolegą, nanieśli błota, narobili szumu. "Mama, o której idziemy na basen i kebsy? (kebaby - przyp. autora)". Obiecałam im to kilka dni temu, zatem należy słowa dotrzymać. Umówiliśmy się na szesnastą. Kolega też idzie z nami pod warunkiem, że weźmie pieniądze od swojej mamy. Dwa czy trzy razy zafundowałam mu ciastko, bo nie wypadało przecież, żeby Misiek jadł sam, ale na sponsorowanie cudzych dzieci mnie nie stać. Pora jest zimowa, więc trzeba będzie po pływaniu ogrzać się i wysuszyć w przybasenowym barze.
Na niedzielny obiad będę wieczorem gotować flaki wedługo przepisu Margarytki. Narobiła mi apetytu na swoim blogu i przypomniała, że całe wieki nie jadłam tego dania. Zrobię "full wypas", z wołowiną, którą z powodu ceny jadam rzadko.
Dzisiaj natomiast potrawa biednych ludzi, o "wdzięcznej" nazwie: psiocha. Wyszperałam przepis w internecie i zaciekawił mnie. Są to ziemniaki ugotowane i zaprażone z mąką, znane też jako "kluchy połom bite". Ubija się to wszystko razem za pomocą tłuczka i podaje z kubkiem mleka lub maślanki, z dodatkiem smażonej cebuli albo skwarków. Ja wybrałam wersję postną, z cebulką. Dziś będę je odsmażać na patelni, podobno wtedy są jeszcze smaczniejsze.
Wyłączam więc laptopa, wyskakuję ze szlafroka i pędzę na flakowe zakupy do Biedronki. Potem jakieś latanie ze ścierką po domu, a po południu prezentowanie swoich wdzięków na basenie ; podobno figurę mam niezłą :)
W mijającym tygodniu dzwoniła dawno niewidziana koleżanka z propozycją wypadu na jakąś kawę, więc może czeka mnie towarzyski wieczór.
Zapowiada się miła sobota.
Dobre sobie, już połowa za mną, ale niezaprzeczalnie równie przyjemna.
Właśnie przed chwilą Misiek przywołał mnie do porządku. Wpadł z kolegą, nanieśli błota, narobili szumu. "Mama, o której idziemy na basen i kebsy? (kebaby - przyp. autora)". Obiecałam im to kilka dni temu, zatem należy słowa dotrzymać. Umówiliśmy się na szesnastą. Kolega też idzie z nami pod warunkiem, że weźmie pieniądze od swojej mamy. Dwa czy trzy razy zafundowałam mu ciastko, bo nie wypadało przecież, żeby Misiek jadł sam, ale na sponsorowanie cudzych dzieci mnie nie stać. Pora jest zimowa, więc trzeba będzie po pływaniu ogrzać się i wysuszyć w przybasenowym barze.
Na niedzielny obiad będę wieczorem gotować flaki wedługo przepisu Margarytki. Narobiła mi apetytu na swoim blogu i przypomniała, że całe wieki nie jadłam tego dania. Zrobię "full wypas", z wołowiną, którą z powodu ceny jadam rzadko.
Dzisiaj natomiast potrawa biednych ludzi, o "wdzięcznej" nazwie: psiocha. Wyszperałam przepis w internecie i zaciekawił mnie. Są to ziemniaki ugotowane i zaprażone z mąką, znane też jako "kluchy połom bite". Ubija się to wszystko razem za pomocą tłuczka i podaje z kubkiem mleka lub maślanki, z dodatkiem smażonej cebuli albo skwarków. Ja wybrałam wersję postną, z cebulką. Dziś będę je odsmażać na patelni, podobno wtedy są jeszcze smaczniejsze.
Wyłączam więc laptopa, wyskakuję ze szlafroka i pędzę na flakowe zakupy do Biedronki. Potem jakieś latanie ze ścierką po domu, a po południu prezentowanie swoich wdzięków na basenie ; podobno figurę mam niezłą :)
W mijającym tygodniu dzwoniła dawno niewidziana koleżanka z propozycją wypadu na jakąś kawę, więc może czeka mnie towarzyski wieczór.
Zapowiada się miła sobota.
Dobre sobie, już połowa za mną, ale niezaprzeczalnie równie przyjemna.
czwartek, 1 grudnia 2016
Radość matki
A jednak coś wygrałam.
Mój syn przez niemal miesiąc pobytu u mnie przekonał się, że u mamy jest dobrze. Że mama się troszczy i kocha. Nasza relacja kwitnie!
Misiek przychodzi do mnie bez proszenia i zachęcania, z własnej inicjatywy, chce u mnie odrabiać lekcje. Dzięki temu moja codzienność stała się łatwiejsza, mogę więcej czasu i uwagi poświęcić sprawom domowym, a nie jak wcześniej gnać do niego w odwiedziny, a dopiero potem brać się za własne gospodarstwo. Dziś przygotowywałam obiad, a synek przy kuchennym stole ćwiczył działania na ułamkach (przy okazji i ja powtórzyłam sobie sprowadzanie do wspólnego mianownika) i czytał na głos "Anię z Zielonego Wzgórza" - lekturę szkolną.
Misiek stał się dla mnie miły, uprzejmy i grzeczny, a mnie to tak cieszy, cieszy, cieszy!
Mój syn przez niemal miesiąc pobytu u mnie przekonał się, że u mamy jest dobrze. Że mama się troszczy i kocha. Nasza relacja kwitnie!
Misiek przychodzi do mnie bez proszenia i zachęcania, z własnej inicjatywy, chce u mnie odrabiać lekcje. Dzięki temu moja codzienność stała się łatwiejsza, mogę więcej czasu i uwagi poświęcić sprawom domowym, a nie jak wcześniej gnać do niego w odwiedziny, a dopiero potem brać się za własne gospodarstwo. Dziś przygotowywałam obiad, a synek przy kuchennym stole ćwiczył działania na ułamkach (przy okazji i ja powtórzyłam sobie sprowadzanie do wspólnego mianownika) i czytał na głos "Anię z Zielonego Wzgórza" - lekturę szkolną.
Misiek stał się dla mnie miły, uprzejmy i grzeczny, a mnie to tak cieszy, cieszy, cieszy!
sobota, 26 listopada 2016
"Nic się nie stało. Polacy, nic się nie stało!"
Czy można uzależnić się od macierzyństwa? Od bliskości swojego dziecka? Mnie chyba to spotkało.
Powtarzam sobie refren piosenki śpiewanej ponoć po przegranych meczach, by samą siebie przywołać do rozsądku.
Nic się przecież nie stało. Mój syn nie zniknął, a jedynie zmienił miejsce pobytu. Przecież nie wyjechał na koniec świata. Przecież to nic strasznego pobyć samą w domu. Przecież wczoraj zastanawiałam się, jakby tu zorganizować andrzejki z sąsiadką i jeszcze dwojgiem znajomych, godząc to z opieką nad Miśkiem. A dziś droga wolna i tyle czasu dla siebie.
Wrócił z "łajdactwa" mój były. Po dwóch tygodniach nieobecności raczył pofatygować się pod moje mieszkanie i zadzwonić do drzwi. I Misiek poszedł do tatusia, a ja go nie zatrzymywałam. Niech nie wie mały, jak bardzo to dla mnie trudne. Niech kocha tego swojego ojca takiego, jaki jest.
Tylko wieczorem nie mogłam sobie poradzić z pustką w domu i tęsknotą. Krótkie dwa tygodnie przyzwyczaiły mnie do myślenia nie o sobie. Do porannego przytulania, popołudniowego naganiania do lekcji, wspólnych spacerów. Dziś mieliśmy razem piec szarlotkę na prośbę syna...
W niedługim czasie odżyła nasza bliskość, nadwerężona przez pobyt Miśka u ojca. Misiek przytulał się do mnie z własnej woli, rozmawiał, otwierał się, prosił o wspólną zabawę. Byłam szczęśliwa, miałam cichą nadzieję, że jednak zechce u mnie pomieszkać dłużej.
No, trudno... Bycie matką to nie sama radość.
Szarlotkę upiekę i tak. Zaproszę Misia na poczęstunek. Przygotuję kapustę i farsz na gołąbki, których nie robiłam, odkąd rozstałąm się z mężem - o zgrozo, już ponad trzy lata! Zrobię się na "laskę" i wyskoczę gdzieś wieczorem ze znajomymi. Ogarnę gospodarcze, domowe sprawy, jak to w sobotę. I przeżyję ten dzień tak, żeby móc, o nim powiedzieć, że był dobry.
Powtarzam sobie refren piosenki śpiewanej ponoć po przegranych meczach, by samą siebie przywołać do rozsądku.
Nic się przecież nie stało. Mój syn nie zniknął, a jedynie zmienił miejsce pobytu. Przecież nie wyjechał na koniec świata. Przecież to nic strasznego pobyć samą w domu. Przecież wczoraj zastanawiałam się, jakby tu zorganizować andrzejki z sąsiadką i jeszcze dwojgiem znajomych, godząc to z opieką nad Miśkiem. A dziś droga wolna i tyle czasu dla siebie.
Wrócił z "łajdactwa" mój były. Po dwóch tygodniach nieobecności raczył pofatygować się pod moje mieszkanie i zadzwonić do drzwi. I Misiek poszedł do tatusia, a ja go nie zatrzymywałam. Niech nie wie mały, jak bardzo to dla mnie trudne. Niech kocha tego swojego ojca takiego, jaki jest.
Tylko wieczorem nie mogłam sobie poradzić z pustką w domu i tęsknotą. Krótkie dwa tygodnie przyzwyczaiły mnie do myślenia nie o sobie. Do porannego przytulania, popołudniowego naganiania do lekcji, wspólnych spacerów. Dziś mieliśmy razem piec szarlotkę na prośbę syna...
W niedługim czasie odżyła nasza bliskość, nadwerężona przez pobyt Miśka u ojca. Misiek przytulał się do mnie z własnej woli, rozmawiał, otwierał się, prosił o wspólną zabawę. Byłam szczęśliwa, miałam cichą nadzieję, że jednak zechce u mnie pomieszkać dłużej.
No, trudno... Bycie matką to nie sama radość.
Szarlotkę upiekę i tak. Zaproszę Misia na poczęstunek. Przygotuję kapustę i farsz na gołąbki, których nie robiłam, odkąd rozstałąm się z mężem - o zgrozo, już ponad trzy lata! Zrobię się na "laskę" i wyskoczę gdzieś wieczorem ze znajomymi. Ogarnę gospodarcze, domowe sprawy, jak to w sobotę. I przeżyję ten dzień tak, żeby móc, o nim powiedzieć, że był dobry.
czwartek, 24 listopada 2016
Wieczorne zapiski
Płaszcz wyprałam w programie "Pranie ręczne. Wełna". Wyszedł z tej przygody bez szwanku i zagnieceń, czysty i pachnący. Powiesiłam go w łazience blisko kaloryfera ; może wyschnie i jutro będę mogła się wystroić.
Mój syn "nawrócił się". Życzy sobie być u mnie, poskarżył mi się trochę na tatę, co przyjęłam na pozór spokojnie, ale ścisnęło mi się serce. Jednocześnie poczułam radość i ulgę, że wciąż mnie kocha i potrzebuje, i zaczyna mnie oceniać swoim rozumem, a nie oczami ludzi mi niechętnych. Czuję się wynagrodzona za wszystkie wyrzeczenia ostatnich lat. Jak zawsze zapewniłam go, że moje drzwi są dla niego zawsze otwarte i że nigdy go nie zostawię.
Odważyłam się dzisiaj na samotny spacer z kijkami. Peszyły mnie trochę spojrzenia przechodniów, ale postanowiłam nic sobie z tego nie robić. Szło się rytmicznie i raźno, aż się spociłam. Już się cieszę na myśl o wspólnym "kijkowaniu" z moim sąsiadem, bo nie ma to jak uprawiać sport w towarzystwie. Wczoraj właśnie odezwał się do mnie w tej sprawie, obiecując, że gdy tylko zyska trochę wolnego czasu, wybierze się razem ze mną.
Mój syn "nawrócił się". Życzy sobie być u mnie, poskarżył mi się trochę na tatę, co przyjęłam na pozór spokojnie, ale ścisnęło mi się serce. Jednocześnie poczułam radość i ulgę, że wciąż mnie kocha i potrzebuje, i zaczyna mnie oceniać swoim rozumem, a nie oczami ludzi mi niechętnych. Czuję się wynagrodzona za wszystkie wyrzeczenia ostatnich lat. Jak zawsze zapewniłam go, że moje drzwi są dla niego zawsze otwarte i że nigdy go nie zostawię.
Odważyłam się dzisiaj na samotny spacer z kijkami. Peszyły mnie trochę spojrzenia przechodniów, ale postanowiłam nic sobie z tego nie robić. Szło się rytmicznie i raźno, aż się spociłam. Już się cieszę na myśl o wspólnym "kijkowaniu" z moim sąsiadem, bo nie ma to jak uprawiać sport w towarzystwie. Wczoraj właśnie odezwał się do mnie w tej sprawie, obiecując, że gdy tylko zyska trochę wolnego czasu, wybierze się razem ze mną.
środa, 23 listopada 2016
O synu, pustyni w portfelu i płaszczu za 5 złotych
Dałam wczoraj tzw. plamę jako matka. Zdarza się w najlepszych rodzinach, niestety.
Skorzystałąm z zaproszenia sąsiadki na wieczorne ploteczki. Syn dostał kolację, pościeliłam mu łóżko, poinformowałam, że będę blisko i że może nawet po mnie przyjść, jeśli mnie będzie potrzebował. Upewniłam się, że nie będzie bał się sam zasypiać.
Pogawędziłyśmy sobie do późna. Po powrocie do domu okazało się, że Misiek czuwał i czekał ; nie taki jednak ten mój syn duży, jak czasem demonstruje. Obiecałam sobie i jemu, że więcej takiego wyjścia nie powtórzę, a raczej zaproszę sąsiadkę do siebie.
Dziś za krótki sen dawał o sobie znać całe popołudnie. Misiek był krzykliwy, rozdrażniony i nieznośny. Uspokoił się dopiero, gdy zdesperowana oświadczyłam że wychodzę z tego domu.
Wieczór wydawał mi się dzisiaj długi i męczący. Na szczęście Misiek zasnął wcześnie i mogę wreszcie odpocząć przy dzwiękach Starego Dobrego Małżeństwa - muzyki mojej młodości, niezapomnianych szkolnych i młodzieńczych czasów.
W portfelu mam dramatyczną pustkę - efekt niespodziewanych wydatków: lekarstwa, nadprogramowy pobyt syna u mnie (tatuś dużo w tym miesiącu wyjeżdżał, a grosza na dziecko poskąpił), potrącono mi też z wypłaty za pobyt na zwolnieniu lekarskim. Listopad był bardzo trudny, ale dumna jestem, że dałam radę. Nowa wypłata pojutrze, jakoś te dwa dni przeżyję na zapasie kaszy gryczanej
Pustynia w portfelu nie powstrzymała mnie jednak przed zakupem... palta za jedyne pięć złotych! Już od pewnego czasu marzył mi się płaszczyk do kolan, w jakimś stonowanym kolorze. Nie przepadam za kurtkami w rodzaju ortalionowych, choć obie moje zimowe są wygodne i zgrabne. Wolę bardziej elegancki flausz. Toteż przedwczoraj, gdy wstąpiłam od niechcenia do szmateksu i zobaczyłam przeceniony z 60 zł. na pół tej kwoty płaszcz, pożałowałam, że nawet na to nie mogę sobie pozwolić. Zaraz jednak przypomniałam sobie o wtorkowej wyprzedaży za przysłowiową złotówkę. Postanowiłam rano zajrzeć i sprawdzić, czy płaszcz będzie na mnie czekał.
Był! Czekał i okazał się być w zupełnie dobrym stanie. Mam zamiar wyprać go sama w pralce nastawionej na pranie ręczne i w niskiej temperaturze. Zasięgnęłam rady na jakimś internetowym forum, gdzie kobiety radzą, jak to zrobić. Podobno jest to zupełnie wykonalne. Zawsze to oszczędność na pralni chemicznej. Myślę, że moje nowe okrycie sprawdzi się w zimne dni, bo zawiera 70% wełny. Koloru jest czarnego, więc pasuje do każdego szalika i czapki.
Będę "aligancka i ze szykiem"!
Skorzystałąm z zaproszenia sąsiadki na wieczorne ploteczki. Syn dostał kolację, pościeliłam mu łóżko, poinformowałam, że będę blisko i że może nawet po mnie przyjść, jeśli mnie będzie potrzebował. Upewniłam się, że nie będzie bał się sam zasypiać.
Pogawędziłyśmy sobie do późna. Po powrocie do domu okazało się, że Misiek czuwał i czekał ; nie taki jednak ten mój syn duży, jak czasem demonstruje. Obiecałam sobie i jemu, że więcej takiego wyjścia nie powtórzę, a raczej zaproszę sąsiadkę do siebie.
Dziś za krótki sen dawał o sobie znać całe popołudnie. Misiek był krzykliwy, rozdrażniony i nieznośny. Uspokoił się dopiero, gdy zdesperowana oświadczyłam że wychodzę z tego domu.
Wieczór wydawał mi się dzisiaj długi i męczący. Na szczęście Misiek zasnął wcześnie i mogę wreszcie odpocząć przy dzwiękach Starego Dobrego Małżeństwa - muzyki mojej młodości, niezapomnianych szkolnych i młodzieńczych czasów.
W portfelu mam dramatyczną pustkę - efekt niespodziewanych wydatków: lekarstwa, nadprogramowy pobyt syna u mnie (tatuś dużo w tym miesiącu wyjeżdżał, a grosza na dziecko poskąpił), potrącono mi też z wypłaty za pobyt na zwolnieniu lekarskim. Listopad był bardzo trudny, ale dumna jestem, że dałam radę. Nowa wypłata pojutrze, jakoś te dwa dni przeżyję na zapasie kaszy gryczanej
Pustynia w portfelu nie powstrzymała mnie jednak przed zakupem... palta za jedyne pięć złotych! Już od pewnego czasu marzył mi się płaszczyk do kolan, w jakimś stonowanym kolorze. Nie przepadam za kurtkami w rodzaju ortalionowych, choć obie moje zimowe są wygodne i zgrabne. Wolę bardziej elegancki flausz. Toteż przedwczoraj, gdy wstąpiłam od niechcenia do szmateksu i zobaczyłam przeceniony z 60 zł. na pół tej kwoty płaszcz, pożałowałam, że nawet na to nie mogę sobie pozwolić. Zaraz jednak przypomniałam sobie o wtorkowej wyprzedaży za przysłowiową złotówkę. Postanowiłam rano zajrzeć i sprawdzić, czy płaszcz będzie na mnie czekał.
Był! Czekał i okazał się być w zupełnie dobrym stanie. Mam zamiar wyprać go sama w pralce nastawionej na pranie ręczne i w niskiej temperaturze. Zasięgnęłam rady na jakimś internetowym forum, gdzie kobiety radzą, jak to zrobić. Podobno jest to zupełnie wykonalne. Zawsze to oszczędność na pralni chemicznej. Myślę, że moje nowe okrycie sprawdzi się w zimne dni, bo zawiera 70% wełny. Koloru jest czarnego, więc pasuje do każdego szalika i czapki.
Będę "aligancka i ze szykiem"!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
