środa, 21 grudnia 2016

Marta i chłopcy :). Cz. 2

Wkrótce po R. dostałam na Badoo wiadomość od B. Podobno "przyjaźnie patrzyło mi z oczu". Odpisałam, że na ogół mam przyjazny stosunek do świata. Potoczyła się pogawędka. B. był z mojego miasta, sporo ode mnie starszy. Zaproponował spotkanie, więc odparłam: "w piątek mam dyżur w pracy, wpadnij" (pracuję w instytucji publicznej).
Odwiedziny były niedługie, lecz sympatyczne. Pan niespecjalnie przypadł mi do gustu, ale rozmawiało się przyjemnie. Nie skreśliłam go. Przy drugim spotkaniu (zimny sok w upalny dzień w pobliskiej kawiarni) pojawiły się tematy dzieci, rodziny itd. B. trochę się pożalił na kłopoty z dorosłą córką. Przytomnie zapytałam: "A gdzie matka twoich dzieci?".
Mój "adorator" nawet się nie zająknął, odpowiadając, że mieszka z nim pod jednym dachem najzupełniej "legalna" żona. Zrobiłam się milcząca i B. sam wyczuł, że czas kończyć spotkanie. Na drugi dzień napisał: "z tego co widzę, to ja tylko na kawę". W sumie był grzeczny i uprzejmy, więc wyjaśniłam: "Sorry, nic Ci nie brakuje, ale 'mięty' raczej nie poczuję, a nawet gdybym poczuła, nie chcę wchodzić w nieuczciwe układy". "Jednak Cię lubię i jeśli pozwolisz, od czasu do czasu porozmawiam" - brzmiała odpowiedź. "Porozmawiać zawsze lubiłam. Proszę bardzo." - odparłam.
Potem jeszcze kilka razy do siebie pisaliśmy, ale jasno ustanowiłam swoje granice. W końcu znajomość umarła śmiercią naturalną, bez żalu i rozczarowań. B. sam mi napisał: "Szukaj kogoś na dłuższą znajomość. Ale kogoś, dla kogo będziesz ważna".
Więcej adoratorów nie pamiętam :) Poza jednym może.
Była to klasyczna randka w ciemno. Mniejsza o to, jak do niej doszło, lecz spotkaliśmy się na kawie w ponury deszczowy wieczór. Po kawie był spacer główną ulicą miasta, miła pogawędka i obopólna sympatia.
Sympatia jednak na pierwszym spotkaniu, w dodatku niepoprzedzonym wcześniejszą znajomością, stanowczo mi wystarczy. Innego zdania był mój randkowicz, który dążył do skrócenia dystansu: brał mnie za rękę, obejmował, nawet nachylił się do pocałunku. Stanowczo się odsunęłam, ten jednak przy każdej okazji próbował mnie trzymać za rękę. Postanowiłam przy następnej okazji porozmawiać o tym i wyjaśnić swoje oczekiwania.
Wyjaśniliśmy sobie przez SMS-y i po tym wyjaśnieniu do drugiego spotkania nie doszło. Przyznam, że było mi nieco przykro, poczułam się odrzucona i zdyskwalifikowana.
Ale cóż... Nie zamierzam godzić się na cokolwiek wbrew sobie, nawet jeśli jest to zupełnie niewinne chodzenie za rękę. Na wszystko przyjdzie czas i to pewnie prędzej niż się wydaje, ale "nie od razu, miły, nie od razu". I nie ma to nic wspólnego z kokieterią i jakąkolwiek pozą. Kiedy mówię "nie", myślę to samo.
Z prawdziwą przyjemnością powiem kiedyś komuś "tak", ale niech to będzie moje najprawdziwsze "tak". Z głębi serca, z własnej woli, a nie tylko po to, żeby książę zechciał się spotkać ze mną po raz drugi.
A na razie jestem sama i zamierzam dobrze się bawić. Będąc samą, a nie pomimo bycia samą.

2 komentarze:

  1. Jak widzisz, internet jest zapełniony niewyżytymi mężami, którzy chętnie zdradzą żonę.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszędzie się zdarzają, ale w internecie mają raj na ziemi.

    OdpowiedzUsuń